· Watykan ·

Uroczystość Objawienia Pańskiego

cq5dam.thumbnail.cropped.500.281.jpeg
23 grudnia 2021

Epifania to jedno z najstarszych i najważniejszych świąt chrześcijaństwa. W Boże Narodzenie czciliśmy wcielenie, czyli wędrówkę Boga do człowieka, w Epifanii rozważamy wędrówkę człowieka do Boga.

To przepiękne, że do Chrystusa mogą przyjść wszyscy! Już nie tylko przypadkowi pasterze, którzy tamtej nocy byli najbliżej Betlejem. «Rzuć okiem dokoła i zobacz: Ci wszyscy zebrani zdążają do Ciebie. Twoi synowie przychodzą z daleka» (Iz 60, 4). Z jak bardzo daleka czasem, dobrze wiedzą spowiednicy, nie tylko w Łagiewnikach czy na Jasnej Górze. To jedna z najradośniejszych prawd naszej wiary: mogę przyjść do Chrystusa, możesz przyjść do Chrystusa i on, i ona też mogą przyjść. Każdy może. Bez względu na cokolwiek! Bo Chrystus przyszedł do każdego! Kocham to stwierdzenie Soboru Watykańskiego ii , że «Syn Boży, poprzez wcielenie zjednoczył się w pewien sposób z każdym człowiekiem» ( kdk , 22). Dostrzegacie urodę tego zdania? Chrystus do każdego człowieka znalazł jakąś drogę. Każdy więc człowiek na świecie, każdy jeden, może się jakoś złączyć z Chrystusem — w swojej sytuacji, z bagażem, który dźwiga, także bagażem własnych win. Jeśli tylko chce i jeśli w tym kierunku działa. Ależ się kiedyś oburzą nienaganni we własnych oczach faryzeusze. On «jada wspólnie z celnikami i grzesznikami» (Mt 9, 11), powiedzą, a Chrystus odpowie spokojnie: «Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary» (Mt 9, 13). Przyszedłem szukać i ocalić to, co zginęło (por. Łk 19, 10), bo «nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają» (Mt 9, 12).

Ale Epifania przypomina nam i o tym, że nie wszyscy do Chrystusa idą. Zwrócił na to uwagę w jednym ze swoich kazań  kard. J. Ratzinger. Ewangelia o Mędrcach (por. Mt 2, 1-12) wyraźnie to mówi. Nie poszedł Herod. Owszem, był on zainteresowany Dziecięciem, ale nie dlatego — choć sam tak twierdzi — by oddać Mu pokłon, lecz by Je zgładzić. To człowiek władzy, który w drugim — i w drugim człowieku, i w Bogu — widzi tylko konkurenta, zagrażającego jego panowaniu i rządom. Swoich potencjalnych rywali będzie chciał więc prędzej czy później zlikwidować. Nie poszli też mieszkańcy Jerozolimy. Ich z kolei zatrzymała zwykła codzienność, szare sprawy, obowiązki, kwestie, troski i trudy, ten najzwyklejszy kierat, który nie pozwolił im ani na chwilę porzucić tego, co pilne, by poszukać tego, co ważne. I nie poszli kapłani, ludzie religijni, specjaliści od pism i tekstów, wyuczeni, inteligentni, a jednak wewnętrznie ciaśni i bez żywej wiary. Była w nich tylko pusta religijność, przypominająca wielkanocną wydmuszkę. Z zewnątrz atrakcyjna, lecz w środku bez jakiejkolwiek treści. Często czcili Boga jedynie wargami, a sercem byli daleko od Niego (por. Mt 15, 8). Wargi mieli pobożne, a serce bezbożne.

Trzeba by się gdzieś tu odnaleźć. W którejś z tych grup! Albo jesteśmy naśladowcami owych pokornych Mędrców, którzy cierpliwie i uporczywie, świadomi swoich słabości i małości, wędrują w stronę Boga. Chcą z Nim być bardziej i bardziej, głębiej i głębiej, wciąż bliżej. Albo jesteśmy Herodem, który boi się Boga, Jego Słowa i Jego woli, nosi w sobie wypaczony i fałszywy obraz Boga, albo jerozolimczykami; nieustannie zabieganymi i zakręconymi wokół swoich pilnych spraw i niecierpiących zwłoki obowiązków, kimś, kto na poważną relację z Panem Bogiem nie ma ani czasu, ani serca, ani ochoty, ani sił. Albo w końcu jesteśmy ludźmi tylko religijnymi, którzy, i owszem, zajmują miejsca w kościelnych ławkach i prezbiteriach, recytują pobożne teksty, ale których życie — gdy tylko zakończy się religijna czynność — staje się pogańskie i bezbożne.

Raz, dwa, trzy, cztery. W której grupie dzisiaj jestem? I co się ze mną stało w ciągu minionego roku?

Abp Adrian J. Galbas sac