· Watykan ·

Synod nie jest formą demokracji

cq5dam.thumbnail.cropped.500.281.jpeg
02 grudnia 2021

Luigi Maria Epicoco

«Tendencja do atakowania demokracji jest bardzo silna, ponieważ demokracja jest frustrująca. Nawet jeśli funkcjonuje dobrze, rzadko prowadzi do natychmiastowego zadowolenia, ponieważ w każdym poszczególnym działaniu będą musiały pośredniczyć formy kompromisu. Jako że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż będzie uwzględniała bardzo sprzeczne punkty widzenia, procesy demokratyczne są zazwyczaj niezwykle skomplikowane i wymagają bogatych w niuanse form myślenia i komunikacji. Z pewnością demokracja nie jest stworzona dla ludzkich instynktów».

Zestawienie słowa «synod» z bezlitosną refleksją, jaką w eseju Meaning and Melancholia. Life in the Age of Bewilderment przedstawia Christopher Bollas, mówiąc o demokracji, może być dość niebezpieczne. A niebezpieczeństwo może wynikać z opacznego zrozumienia, które zdarza się wielu, polegającego na mylnym postrzeganiu procesu synodalnego jako swego rodzaju procesu demokratyzacji Kościoła. Synod nie jest formą demokracji, ale odkrywaniem na nowo tożsamości, która rodzi się jako owoc Ducha. Synod nie służy znalezieniu «właściwego kompromisu» między bardzo różnymi stanowiskami, ale odkryciu na nowo w głębi wszelkiej różnorodności tej wspólnej rzeki prawdy i komunii, które trzymają nas razem.

Założenie, z którego wychodzi każdy synod, jest proste — to, co nas łączy, jest silniejsze od tego, co może nas dzielić, a Duch Święty przemawia językiem komunii właśnie poprzez dialektykę różnorodności. Nie chodzi więc o znalezienie «kompromisów», ale o ponowne odkrycie komunii w sprawach, które mają znaczenie, a w tej komunii o świadomość, że przemawia wola Boża. Ale Bollas zwraca uwagę na aspekt, który jest ważny także dla procesu synodalnego — dialog, komunikacja, słuchanie, konfrontacja, integracja, pozwolenie na zakwestionowanie nas — wszystko to zakłada wysiłek przeciwstawiania się owemu instynktowi zakłamania, który jest w każdym z nas. Urok podobnego doświadczenia nie powinien nas łudzić, o co nietrudno. Prawdziwa szansa leży w zdolności do zejścia na głębszy poziom konfrontacji. Trzeba przejść od tego, co instynktowne, do tego, co duchowe. W tym sensie, ze świeckiego punktu widzenia, dwaj poeci rozumieją się lepiej niż dwaj demonstranci. Z chrześcijańskiego punktu widzenia dwoje ludzi, którzy się modlą, rozumie się lepiej niż dwoje chrześcijan, którzy postępują według różnych wrażliwości. Synod jest tych, którzy się modlą, a nie tych, którzy głosują. Dlatego uderzyły mnie usłyszane kilka dni temu słowa kard. Maria Grecha, który powiedział: «Marzę o czasach, kiedy nie będziemy już musieli głosować na synodzie, ponieważ będziemy się rozumieli, nie potrzebując już większości i mniejszości». Może się to wydawać prowokacją lub zauroczeniem poety, który widzi rzeczy w idealistycznym świetle, ale jestem przekonany, że prawdziwa poezja jest proroctwem — widzi o wiele dalej, niż jest w stanie zobaczyć nasz realizm. Kard. Grech ma rację — bez takiego marzenia nie miałoby sensu nawet angażowanie się w takie doświadczenie. Czy nam się uda? Już pragnienie tego jest owocem Ducha.