20 XI — Homilia podczas Mszy św. w uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata

Bóg, który «strąca władców z tronu, działa jako sługa»

 Bóg, który «strąca władców z tronu, działa jako sługa»   POL-012
09 stycznia 2023

W dniach 19 i 20 listopada Papież Franciszek udał się do Piemontu, skąd pochodziła jego rodzina. Głównym powodem wizyty, która miała charakter prywatny, były odwiedziny kuzynki Carli Rabezzany, która obchodziła swoje 90 urodziny. Papież spotkał się na obiedzie z krewnymi w Portacomaro; odwiedził także osoby przebywające w tamtejszym domu starców oraz krewnych w Tigliole. Natomiast w niedzielę, 20 listopada, w uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata, celebrował Mszę św. w katedrze w Asti, podczas której udzielił posługi akolitatu seminarzyście Stefanowi Accornerowi. W tym dniu obchodzony był także 37. Światowy Dzień Młodzieży na szczeblu diecezjalnym. Poniżej zamieszczamy homilię oraz słowa wypowiedziane przed modlitwą «Anioł Pański».

Widzieliśmy tego młodzieńca, Stefana, który prosi o udzielenie mu posługi akolity w jego drodze do kapłaństwa. Musimy się za niego modlić, aby realizował swoje powołanie i był wierny. A musimy też modlić się za ten Kościół w Asti, aby Pan zesłał powołania kapłańskie, bo jak widzicie, większość to starcy jak ja; potrzebni są młodzi kapłani, jak niektórzy tutaj, którzy są bardzo dobrzy. Módlmy się do Pana, aby błogosławił tę ziemię.

A z tej ziemi wyruszył mój ojciec, by emigrować do Argentyny; i do tej ziemi, która stała się cenna dzięki dobrym produktom gleby, a przede wszystkim dzięki autentycznej pracowitości ludzi, przybyłem, aby odkryć na nowo smak korzeni. A dziś po raz kolejny to Ewangelia prowadzi nas znów do korzeni wiary. Znajdują się one w jałowej glebie Kalwarii, gdzie ziarno Jezusa, umierając, sprawiło, że zrodziła się nadzieja — zasiane w sercu ziemi, otworzyło nam drogę do nieba. Przez swoją śmierć dało nam życie wieczne; poprzez drzewo krzyża przyniosło nam owoce zbawienia. Spójrzmy zatem na Niego, spójrzmy na Ukrzyżowanego.

Na krzyżu widnieje tylko jedno zdanie: «To jest Król żydowski» (Łk 23, 38). Oto tytuł: Król. Jednak gdy patrzymy na Jezusa, nasze wyobrażenie o królu ulega odwróceniu. Spróbujmy wyobrazić sobie wizualnie króla — przyjdzie nam na myśl mocarz, siedzący na tronie z drogocennymi insygniami, z berłem w ręku i błyszczącymi pierścieniami na palcach, wypowiadający do poddanych podniosłe słowa. Taki mniej więcej obraz mamy w głowie. Ale patrząc na Jezusa, widzimy, że jest zupełnie przeciwnie. Nie siedzi na wygodnym tronie, lecz wisi na krzyżu; Bóg, który «strąca władców z tronu» (Łk 1, 52), działa jako sługa, ukrzyżowany przez możnych; przyozdobiony jedynie gwoździami i cierniami, ogołocony ze wszystkiego, ale bogaty w miłość, z tronu krzyża nie poucza już tłumów słowami, nie podnosi już ręki, żeby nauczać. Czyni coś więcej — nie wskazuje na nikogo palcem, lecz otwiera ramiona dla wszystkich. Tak właśnie objawia się nasz Król — z rozpostartymi ramionami, a brasa aduerte.

Tylko wchodząc w Jego objęcia, pojmujemy — pojmujemy, że Bóg posunął się aż do tego, aż do paradoksu krzyża, właśnie po to, aby objąć nas ze wszystkim, nawet to, co było od Niego najdalsze: naszą śmierć — przyjął naszą śmierć — nasze cierpienie, nasze ubóstwo, nasze słabości i nasze nędze. On przyjął to wszystko. Stał się sługą, aby każdy z nas poczuł się synem, zapłacił za nasze synostwo swoim poddaństwem; pozwolił, by Go znieważano i wyśmiewano, aby we wszelkim poniżeniu nikt z nas nie był już sam; pozwolił się ogołocić, żeby nikt nie czuł się odarty ze swej godności; wstąpił na krzyż, aby w każdym ukrzyżowanym człowieku na przestrzeni dziejów była obecność Boga. Oto nasz Król, Król każdego z nas, Król wszechświata, przekroczył bowiem najdalsze granice tego, co ludzkie, wszedł w czarne dziury nienawiści i czarne dziury opuszczenia, aby rzucić światło na każde istnienie i ogarnąć każdą rzeczywistość. Bracia, siostry, to jest Król, którego uroczystość dziś obchodzimy! Nie jest łatwo to zrozumieć, ale On jest naszym Królem. A pytanie, jakie powinniśmy sobie zadać, brzmi: czy ten Król wszechświata jest Królem mojego istnienia? Czy Mu wierzę? Jak mogę Go czcić jako Pana wszystkiego, jeśli nie stanie się On również Panem mojego życia? A ty, który dzisiaj rozpoczynasz tę drogę ku kapłaństwu, nie zapominaj, że to jest twój wzór — nie lgnij do zaszczytów, nie. To jest dla ciebie wzór; jeśli nie zamierzasz być kapłanem jak ten Król, lepiej się zatrzymaj.

Skierujmy zatem nasze oczy ponownie na Jezusa ukrzyżowanego. Spójrz, On nie obserwuje twojego życia przez chwilę i na tym koniec, nie rzuca ci przelotnego spojrzenia, jak to często robimy wobec Niego, ale jest tam, a brasa aduerte, aby ci powiedzieć w milczeniu, że nic w tobie nie jest Mu obce, że chce cię wziąć w ramiona, podnieść, zbawić takiego, jaki jesteś, z twoją historią, twoimi nędzami, twoimi grzechami. «Ale, Panie, czy to prawda? Kochasz mnie tak bardzo z moimi nędzami?». Niech każdy w tym momencie pomyśli o swojej nędzy: «Ale czy Ty mnie kochasz z tym moim duchowym ubóstwem, z tymi ograniczeniami?». A On się uśmiecha i daje nam do zrozumienia, że nas miłuje i oddał za nas swoje życie. Pomyślmy trochę o naszych ograniczeniach, a także o dobrych rzeczach — On nas miłuje takich, jacy jesteśmy, jacy jesteśmy teraz. On daje ci szansę królowania w życiu, jeśli poddasz się Jego łagodnej miłości, która się oferuje, ale się nie narzuca — miłość Boga nigdy się nie narzuca — Jego miłości, która zawsze ci przebacza. My często mamy dość przebaczania ludziom i stawiamy na tym krzyżyk, grzebiemy społecznie. On niestrudzenie przebacza, nigdy, nigdy nie przestaje; zawsze stawia cię znów na nogi, zawsze przywraca ci twoją królewską godność. Tak, skąd się bierze zbawienie? Z przyzwolenia na to, by On nas miłował, bo tylko w ten sposób zostajemy uwolnieni z niewoli naszego «ja», od lęku przed samotnością, od myślenia, że nie damy rady. Bracia, siostry, stawajmy często przed Ukrzyżowanym, pozwólmy się miłować, bo te brasa aduerte otwierają raj także nam, jak «dobremu łotrowi». Usłyszmy to zdanie skierowane do nas, jedyne, które Jezus wypowiada dziś z krzyża: «Będziesz ze Mną w raju» (Łk 23, 43). Tego pragnie i to chce nam powiedzieć Bóg, nam wszystkim, za każdym razem, gdy pozwalamy, aby na nas patrzył. A wtedy rozumiemy, że mamy nie jakiegoś nieznanego boga, który jest wysoko w niebie, potężnego i dalekiego, nie — Boga bliskiego. Bliskość to styl Boga — bliskość z czułością i miłosierdziem. Taki jest styl Boga, On nie ma innego stylu. Jest bliski, miłosierny i czuły, Czuły i współczujący, którego otwarte ramiona pocieszają i otaczają czułością. Oto nasz Król!

Bracia, siostry, spojrzawszy na Niego, co możemy zrobić? Dzisiejsza Ewangelia ukazuje nam dwie drogi. Przed Jezusem są ci, którzy się przyglądają, i ci, którzy się angażują. Widzów jest wielu, stanowią większość. Patrzą, to widowisko, gdy ktoś umiera na krzyżu. Istotnie — mówi tekst — «lud stał i patrzył» (w. 35). Nie byli to źli ludzie, wielu z nich to wierzący, ale widząc Ukrzyżowanego, pozostali widzami — nie zrobili kroku w kierunku Jezusa, ale patrzyli na Niego z daleka, zaciekawieni i obojętni, bez prawdziwego zainteresowania, bez zastanawiania się, co mogą uczynić. Może komentowali: «Popatrz na Niego…», może wyrażali sądy i opinie: «Ależ jest niewinny, popatrz na tego, w takim stanie…», niektórzy może narzekali, ale wszyscy stali i patrzyli bezczynnie, z założonymi rękami. A także blisko krzyża byli obserwatorzy: przywódcy ludu, którzy chcą być świadkami krwawego widowiska haniebnego końca Chrystusa; żołnierze, którzy mają nadzieję, że egzekucja wkrótce się skończy i będą mogli pójść sobie do domu; jeden ze złoczyńców, który wyładowuje swój gniew na Jezusie. Wyśmiewają, obrażają, wyładowują się.

A wszyscy ci widzowie powtarzają ten sam refren, który tekst przytacza trzykrotnie: «Jeśli Ty jesteś Królem, wybaw sam siebie!» (por. w. 35. 37. 39). Tak Go obrażają, rzucają Mu wyzywanie! Wybaw sam siebie — dokładne przeciwieństwo tego, co czyni Jezus, który nie myśli o sobie, lecz o tym, żeby zbawić ich, tych którzy Go znieważają. Jednak «wybaw sam siebie» zaraża — od przywódców, przez żołnierzy, po lud fala zła dociera niemal do wszystkich. Pomyślmy jednak, że zło jest zaraźliwe, zaraża nas; tak jak wówczas, gdy łapiemy chorobę zakaźną — natychmiast nas zaraża. A ci ludzie mówią o Jezusie, ale ani na chwilę nie dostrajają się do Jezusa. Dystansują się i rozmawiają. Jest to śmiertelna zaraza obojętności. Okropna choroba obojętności. «To mnie nie dotyczy, to mnie nie dotyczy». Obojętność wobec Jezusa i obojętność także wobec chorych, wobec ubogich, wobec nędzarzy ziemi. Lubię pytać ludzi, i zadaję to pytanie każdemu z was; wiem, że każdy z was daje jałmużnę ubogim, a pytam was: «Kiedy dajecie jałmużnę ubogim, czy patrzycie im w oczy? Czy potrafisz spojrzeć w oczy tego biednego mężczyzny, biednej kobiety, którzy proszą cię o jałmużnę? Kiedy dajesz jałmużnę ubogim, rzucasz monetę czy dotykasz ich dłoni? Czy potrafisz dotknąć ludzkiego nieszczęścia?». Niech każdy odpowie sobie dzisiaj. Ci ludzie pozostawali obojętni. Ci ludzie mówią o Jezusie, ale nie dostrajają się do Jezusa. A to jest śmiertelne zarażenie obojętnością, która tworzy dystanse w stosunku do nędzy. Fala zła zawsze rozprzestrzenia się w ten sposób: zaczyna się od nabrania dystansu, od bezczynnego przyglądania się, od nieprzejmowania się, poza tym myśli się jedynie o tym, co nas interesuje i przyzwyczajamy się do odwracania się w inną stronę. I jest to zagrożenie również dla naszej wiary, która słabnie, jeśli pozostaje teorią, a nie staje się praktyką, jeśli nie ma zaangażowania, jeśli nie poświęcamy się osobiście, nie angażujemy się. Wtedy stajemy się chrześcijanami nijakimi — jak to się mówiło w moim domu — którzy mówią, że wierzą w Boga i że chcą pokoju, ale nie modlą się i nie troszczą się o bliźniego, a nawet nie dbają o Boga ani o pokój. Są to chrześcijanie tylko w słowach, powierzchowni!

To ta zła fala, która była na Kalwarii. Ale jest też dobroczynna fala dobra. Wśród wielu obserwatorów jeden się angażuje, mianowicie «dobry łotr». Inni wyśmiewają Pana, a on mówi do Niego i przyzywa Go po imieniu: «Jezu»; wielu wyładowuje na Nim swój gniew, a on wyznaje Chrystusowi swoje grzechy; wielu mówi: «wybaw sam siebie», on się modli: «Jezu, wspomnij na mnie» (w. 42). Prosi Pana tylko o to. Piękna jest ta modlitwa. Jeśli każdy z nas odmawia ją codziennie, to jest to piękna droga — droga do świętości: «Jezu, wspomnij na mnie». W ten sposób złoczyńca staje się pierwszym świętym: na chwilę zbliża się do Jezusa, a Pan zatrzymuje go przy sobie na zawsze. Otóż Ewangelia mówi nam o dobrym łotrze, żeby nas zachęcić do przezwyciężania zła, a przestania bycia obserwatorami. Proszę was, obojętność jest gorsza niż czynienie zła. Od czego zacząć? Od zaufania, od wzywania Boga po imieniu, tak jak to uczynił dobry łotr, który pod koniec życia odnajduje odważną ufność dzieci, które ufają, proszą, nalegają. I ufnie uznaje swoje błędy, płacze, ale nie nad sobą, lecz wobec Pana. A my, czy mamy tę ufność, czy zanosimy do Jezusa to, co nosimy w sobie, czy maskujemy się przed Bogiem, może z odrobiną sacrum i kadzidła? Proszę, nie uprawiajcie duchowości retuszowanej — taka jest nudna. Wobec Boga potrzeba tylko wody i mydła, żadnego makijażu, a dusza taka, jaka jest. I stąd przychodzi zbawienie. Ten, kto ufa, jak ów dobry łotr, uczy się wstawiennictwa, uczy się przedstawiać Bogu to, co widzi, cierpienia świata, spotykane osoby; mówienia Mu, jak dobry łotr: «Wspomnij na mnie, Panie!». Jesteśmy na świecie nie tylko po to, aby sami się zbawić, nie, ale aby prowadzić naszych braci i siostry w objęcia Króla. Wstawianie się, przypominanie Panu otwiera bramy raju. A czy my, modląc się, wstawiamy się za innymi? «Pamiętaj, Panie, pamiętaj o mnie, o mojej rodzinie, pamiętaj o tym problemie, pamiętaj, pamiętaj...». Przyciąganie uwagi Pana.

Bracia, siostry, dziś nasz Król patrzy na nas z krzyża a brasa aduerte. Do nas należy wybór, czy chcemy być widzami, czy zaangażowanymi. Czy jestem widzem, czy chcę się zaangażować? Widzimy kryzysy współczesności, upadek wiary, brak uczestnictwa... Co robimy? Czy ograniczamy się do teoretyzowania, czy ograniczamy się do krytykowania, czy też zakasujemy rękawy, bierzemy życie w swoje ręce, przechodzimy od «jeśli» wymówek do «tak» modlitwy i posługi? Wszyscy myślimy, że wiemy, co jest złe w społeczeństwie, wszyscy; każdego dnia mówimy o tym, co jest złe w świecie, także w Kościele; w Kościele jest wiele rzeczy niewłaściwych. Ale czy coś z tym robimy? Czy brudzimy sobie ręce jak nasz Bóg, przybity do drzewa, czy stoimy z rękami w kieszeniach i patrzymy? Dziś, gdy Jezus, ogołocony na krzyżu, usuwa wszelką zasłonę z Boga i niszczy wszelki fałszywy obraz Jego królewskości, spójrzmy na Niego, by znaleźć odwagę spojrzenia na samych siebie, pójścia drogami zaufania i wstawiennictwa, stania się sługami, by wraz z Nim królować. «Wspomnij, Panie, pamiętaj» — odmawiajmy częściej tę modlitwę. Dziękuję.

Przed odmówieniem modlitwy «Anioł Pański» Papież powiedział:


Na zakończenie tej celebracji pragnę wyrazić wdzięczność diecezji, prowincji i miastu Asti — dziękuję za gorące przyjęcie, jakie mi zgotowaliście! Bardzo wdzięczny jestem władzom cywilnym i religijnym, również za przygotowania, dzięki którym była możliwa ta upragniona wizyta. Wam wszystkim pragnę powiedzieć, że a la fame propri piasi’ encuntreve! [sprawiło mi przyjemność spotkanie z wami]; i życzyć wam: ch’a staga bin! [miejcie się dobrze!].

Szczególne pozdrowienie i uścisk chciałbym skierować do młodzieży — dziękuję za to, że przybyliście tak licznie. Od ubiegłego roku właśnie w uroczystość Chrystusa Króla obchodzony jest w Kościołach partykularnych Światowy Dzień Młodzieży. Temat, taki sam jak najbliższego Światowego Dnia Młodzieży w Lizbonie — do uczestnictwa, w którym raz jeszcze zapraszam — brzmi: «Maryja wstała i poszła z pośpiechem» (Łk 1, 39). Matka Boża uczyniła to, gdy była młoda, i mówi nam, że tajemnica pozostania młodym kryje się właśnie w tych dwóch czasownikach — wstać i iść. Lubię myśleć o Matce Bożej, która poszła z pośpiechem, poszła właśnie z pośpiechem, poszła pośpiesznie, i często modlę się do Niej, do Matki Bożej: «Ale pospiesz się z rozwiązaniem tego problemu!». Wstać i iść — nie trwać w bezruchu, myśląc o sobie, marnując życie na pogoń za wygodami lub najnowszą modą, ale dążyć ku Górze, wyruszać w drogę, wyrwać się z własnych lęków, żeby wyciągnąć rękę do potrzebującego. A dzisiaj potrzeba młodych naprawdę «transgresyjnych», niekonformistycznych, którzy nie będą niewolnikami telefonu komórkowego, ale będą zmieniać świat tak jak Maryja, niosąc innym Jezusa, troszcząc się o innych, budując braterskie wspólnoty z innymi, urzeczywistniając marzenia o pokoju!

Nasze czasy doświadczają niedostatku pokoju — przeżywamy niedostatek pokoju. Pomyślmy o tak licznych miejscach na świecie nękanych wojną, w szczególności o udręczonej Ukrainie. Angażujmy się i nadal módlmy się o pokój! Módlmy się również w intencji rodzin ofiar groźnego pożaru, do którego doszło w minionych dniach w obozie dla uchodźców w Gazie, w Palestynie, gdzie zginęło także wiele dzieci. Oby Pan przyjął do nieba tych, którzy stracili życie, i pocieszył tę społeczność, tak bardzo doświadczaną przez lata konfliktu. A teraz módlmy się do Królowej Pokoju, Matki Bożej, której jest poświęcona ta piękna katedra. Jej zawierzam nasze rodziny, chorych i każdego z was, wraz z troskami i dobrymi intencjami, jakie nosicie w sercu.