Uwaga

Nasza strona wykorzystuje pliki cookies
Cookies to małe pliki tekstowe, które pomagają nam polepszyć korzystanie z naszych stron. Więcej informacji o wykorzystywaniu przez nas cookies można znaleźć w Warunki polityki prywatności.

​Zimowy Kwiat

· Lucinda M. Vardey opowiada o czcigodnej Benedetcie Bianchi Porro ·

W położonej nad jeziorem Garda miejscowości Sirmione w kościele świętej Anny jest zdjęcie uśmiechniętej, eleganckiej młodej kobiety w kolczykach, które były modne w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Jej ciemne oczy nie patrzą w obiektyw aparatu fotograficznego, zdają się widzieć coś, co przekracza zdolność pojmowania normalnego ludzkiego rozumu, a mianowicie radość miłości, odczuwanej kiedy się podąża bolesną drogą męki pod ciężarem bardzo uciążliwego krzyża.

Komplikacje związane z jej przyjściem na świat już wskazywały na przyszłość pełną cierpienia. Obawiająca się o jej życie matka obiecała Panu, że jeśli córka wyżyje, poświęci ją całkowicie w Jego służbie. Gdy Benedetta miała trzy miesiące (urodziła się w roku 1936), zachorowała na polio, po którym okulała. To była pierwsza z jej wielu fizycznych boleści. Zmuszona nosić niewygodny metalowy gorset, walczyła z pokusą rozczulania się nad sobą, pisząc w swoim dzienniczku, że jedyne, o co prosiła, to żeby być «normalna» jak wszyscy inni. Po czym dodała coś, co można by wziąć za proroctwo: «Chciałabym być kimś ważnym, jak dorosnę», opisała też swoje łzy i wewnętrzną melancholię.

Urodzona w roku 1949 w Londynie Lucinda M. Vardey jest autorką licznych książek, między innymi opublikowała The flowering of the soul: a book of prayers by women (1999). Była opiekunką świeckiego stowarzyszenia powstałego niedawno w Toronto (Kanada), o nazwie The Contemplative Women of St. Anne, które poświęca się modlitwie i studiowaniu świętych i mistyczek Kościoła.

Zdecydowana przezwyciężyć rosnące trudności fizyczne, zapisała się na uniwersytet mediolański, by studiować fizykę, lecz wkrótce wróciła do swojej pierwszej miłości, medycyny. Jej marzeniem było zostać lekarzem. Pomimo postępującej utraty słuchu zdała wszystkie egzaminy, oprócz ostatniego. Ciało Benedetty nie było w stanie dotrzymać kroku jej determinacji, i powoli musiała zrezygnować ze wszystkich zajęć. Choć podejrzewano, że jej postępujący paraliż i głuchota miały przyczyny psychosomatyczne, sama prawidłowo zdiagnozowała swoją dolegliwość jako chorobę Von Recklinghausena, genetyczną progresywną patologię atakującą układ nerwowy. Pomimo licznych zabiegów chirurgicznych została unieruchomiona; początkowo poruszała się jeszcze na wózku inwalidzkim, ale potem przestała opuszczać swój pokój.

Benedetta pozostała w kontakcie listownym z przyjaciółmi, dopóki zdołała utrzymać w ręku pióro, lecz i wtedy, kiedy nie mogła już pisać, jej osobowość i ogrom jej wiary nadal wywierały wpływ na innych. Przyjaciele i obcy zaczęli tłumnie odwiedzać ją w domu, jej uzdrawiający spokój i pogoda ducha udzielały się wszystkim. Ona przyjmowała każdego ciepło, szczerze i serdecznie. Fascynował ją przykład i nauki świętej Teresy z Lisieux, a także prostota i ubóstwo świętego Franciszka, czytała też listy świętego Pawła, by w nich znaleźć odwagę do zaakceptowania siły słabości.

Zaczęła wyrażać niepojętą dla zwykłego człowieka wdzięczność, pisząc: «jakże cudowne jest życie (…); i za to moja dusza jest pełna wdzięczności i miłości do Boga». Tłumaczyła przyjaciółce, że bez własnego cierpienia nie potrafiłaby rozpoznawać cierpienia innych, dodając, że poświęcanie własnego czasu tylko na pocieszanie samej siebie byłoby bardzo niesprawiedliwe.

Pomimo utraty wszystkich zmysłów, włącznie ze smakiem i wzrokiem, które straciła jako ostatnie, Benedetta nadal służyła i uzdrawiała innych. Wspomagana w domu przez matkę, porozumiewała się z innymi językiem znaków (jednej ręki), i przekazywała światu swoje przesłania. Choć była niewidoma, potrafiła widzieć, co działo się w duszy odwiedzających ją ludzi i rozumieć, czego potrzebowali jeszcze zanim oni sami zdali sobie z tego sprawę. Odkryła, że cisza jest środkiem, którego Bóg używa by przemawiać do duszy, i w tej całkowitej ciszy zmysłów wzrastała w zażyłości z Jezusem. «Trzeba dawać Boga innym: bez miłości chrześcijańskiej nie liczy się nic» - napisała w dzienniczku. Po stracie wzroku szepnęła: «Mój Boże, jakże trudno jest dawać z radością. Jestem w ogrodzie u stóp Góry Oliwnej».

Na koniec pielgrzymki do Lourdes powiedziała: «Nie potrzebuję kuracji. Mam wiarę i to wystarczy. Przyjechałam tu dla innych». To stwierdzenie nasiliło w niej zamiar trwania w małości i obdarzania nadzwyczajną miłością we wszystkich codziennych sprawach swego życia. «Ktokolwiek zbliża się bardziej do Jezusa w boleści — sugerowała młodemu człowiekowi, który ją odwiedził — robi się milszy, bardziej życzliwy ludziom, ktokolwiek się od Niego oddala, staje się bezwiednie bardziej okrutny».

Cierpliwość, mówiła Benedetta, była «zwycięską bronią Chrystusa w walce przeciwko ciemnościom». Księdzu, który ją odwiedził, tłumaczyła: «żyjąc, Jemu i tylko Jemu powinniśmy komunikować i powierzać sens naszego życia, który czasem On pozwala nam odgadnąć». Cytując Magnificat, uznała, że «wielkie rzeczy uczynił mi Bóg, wielbi dusza moja Pana».

Ujrzawszy we śnie białą różę w rodzinnym grobowcu, Benedetta przepowiedziała swoją bliską śmierć. Tego poranka, kiedy umarła, matka odkryła, że w ogrodzie zakwitła delikatna biała róża. Ojciec zauważył, że jej twarz, zniekształcona i wymęczona długim cierpieniem stała się na powrót piękna, jak w młodości. Był rok 1964. Ogłoszona czcigodną przez Jana Pawła II, Benedetta Bianchi Porro spoczywa w sarkofagu w opactwie Sant’Andrea, w miejscowości Dovadola koło Forlì. Jej proces beatyfikacyjny jest w toku.

Wydanie drukowane

 

TRANSMISJA BEZPOŚREDNIA

St. Peter’s Square

6 grudnia 2019

PODOBNE WIADOMOŚCI